Jak co roku. Tym razem króciutko.
Postów: 24
Wizyt: 7550
Odsłon stron: 9818
Średni czas spędzony na stronie: 00:00:56
Lista lektur za rok 2009:
Swetoniusz "Żywoty Cezarów. T I"
Daniel C. Dennett "Słodkie sny"
Jan Potocki "Rękopis znaleziony w Saragossie"
Marek Kordos "Wykłady z historii matematyki"
Blaise Pascal "Prowincjałki"
Raviel Netz, William Noel "Kodeks Archimedesa. Tajemnice najsłynniejszego palimpsestu świata"
Jaroslav Hašek "Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej"
Giovanni Reale "Historia filozofii starożytnej t. 4: Systemy epoki Cesarstwa"
Giovanni Reale "Historia filozofii starożytnej t. 3: Systemy epoki hellenistycznej."
Giovanni Reale "Historia filozofii starożytnej t. 2: Platon i Arystoteles."
Flawiusz Arrian "Wyprawa Aleksandra Wielkiego"
Robert Nye "Falstaff"
Giovanni Reale "Historia filozofii starożytnej t. 1: Od początków do Sokratesa."
Bartek Chaciński "Wypasiony słownik najmłodszej polszczyzny"
Paweł Jasienica "Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii."
Paul J. Cohen "Set Theory and The Continuum Hypothesis"
Karol Darwin "Podróż na okręcie 'Beagle'"
Paweł Jasienica "Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum."
Paweł Jasienica "Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny Wiek"
Ernest Nagel, James R. Newman "Gödel's proof"
Paweł Jasienica "Polska Jagiellonów"
Tadeusz Wittlin "Ostatnia cyganeria"
Paweł Jasienica "Polska Piastów"
Marek Aureliusz "Rozmyślania"
Noworoczne pozdrowienia dla wszystkich!
2010-01-03
2009-12-13
(Meta)fizyka kombinatoryczna
Potraktujmy poniższe jako niezobowiązującą zabawę w skojarzenia.
Nie wiem czy i do jakiego stopnia Epikura należałoby nazwać filozofem. Stworzył on coś w rodzaju świeckiej religii, której celem było wyzwolenie człowieka od starchu, egzystencjalnego przerażenia. Drogą ku owej wolności , oprócz stosownych reguł życia był - chciałoby się powiedzieć: wyznawany - materializm, który miał usunąć "lęk metafizyczny" i strach przed śmiercią. Jest chyba podobieństwo pomiędzy epikureizmem a psychoterapią (niekoniecznie freudowską, np. jakąś Gestalt czy coś w tym guście - nie znam się zbytnio na psychoterapii), którą w czasach współczesnych ludzie stosują w dokładnie tym samym celu. Ale ja nie o tym właściwie chciałem.
Epikur nie pozostawił pisanej spuścizny opierając się na nauczaniu ustnym i kształceniu uczniów - praktyków jego filozofii i podejścia do życia - krzewiących jego idee dalej. Ten model okazał się zaskakująco skuteczny skoro "wyznanie" epikurejczyków, przetrwało jakieś 500 lat w świecie starożytnym. Elementy filozofii epikurejskiej pokazujące metafizyczne koncepcje stojące za nią dotarły w dużej mierze dzięki twórczości "szeregowych" epikurejczyków utrwalających naukę w swojej twórczości. Najbardziej znany z nich to Lukrecjusz, którego poemat "O naturze wszechrzeczy" to chyba najważniejsze a na pewno najbardziej znane pismo epikurejskie dotrwałe do naszych czasów. Mimo braku programowych ksiąg kodyfikujących doktrynę metafizyczną epikureizmu, trochę o niej wiemy. Przede wszystkim koncepcje bytu i natury świata nie były tu spekulacją prowadzącą do wniosków o charakterze praktycznym, ale wręcz przeciwnie - mądrość życiowa, odrzucenie strachu, droga do szczęścia i wolności człowieka, słowem filozofia życia Epikura wyprzedzał metafizykę, która miała dać dla niej jedynie teoretyczne podstawy, zakorzenić ją w wizji samej natury świata. Jak wspomniałem epikureizm opierał się na materializmie - materia, to co dotykalne, jest jedynym bytem a rządzą materią ustalone racjonalne prawa. Fizyka tego świata to atomizm. Atomy to niepodzielne i podstawowe elementy materii, różnych co prawda ale w ustalonym wyborze rozmiarów i kształtów. Oczywiście epikurejczycy nie mieli pojęcia o grawitacji w rozumieniu dzisiejszym, mieli natomiast naiwne pojęcie o ciążeniu, jako o sile działającej wzdłuż kierunku (a właściwie konstytuującej kierunek) góra-dół. Naturalnym ruchem atomów był więc spadek, poruszanie się w dół. Jednak aby nie stały się jedynie lawiną równolegle spadających cząstek należało wprowadzić coś co tchnie w nią "życie". Zatem do naturalnego ruchu w dół atomom epikurejskim arbitralnie dodano losowy ruch na boki nazwany climena - odchylenie. To remedium na nudny, nieskończenie trywialny determinizm. To climena powoduje, że pojawiają się interakcje atomów, ich zderzenia, łączenie się. Za jego sprawą pojawiają się, jako losowy produkt owych interakcji światy. Dokładnie tak: światy a nie jeden świat. Wśród losowych konfiguracji atomów epikurejczycy za pewne przyjmują pojawienie się kiedyś każdej możliwej ich kombinacji a zatem i każdego możliwego świata. Są to światy chwilowe, nietrwałe, wynikłe z tymczasowej konfiguracji atomów. Ich pojawienie się jest jednak w jakichś sposób konieczne.
Ten aspekt metafizyki, czy też fizyki epikurejskiej jakoś mnie uwiódł. Postaram się wytłumaczyć dlaczego. W oczywisty sposób widzę w nim pewne wczesne ale i daleko idące intuicje probabilistyczne. Np. taką, że nawet niesłychanie mało prawdopodobne zdarzenia w odpowiednio długiej serii losowań (a każda zmiana oparta o climena jest niejako nowym aktem losowania, czy raczej krokiem losowego błądzenia) w końcu z wielką dozą pewności w niej się pojawią.
Ale to pierwsza myśl. Drugie skojarzenie dotyczące intuicji epikurejskich - tym razem na pograniczu probabilistyki i logiki - to teoria tzw. praw zero-jedynkowych. To niesłychanie ciekawe twierdzenia, których protoplastą było prawo zero-jedynkowe udowodnione w latach 60 przez matematyków radzieckich (a przepraszam: sowieckich). Brzmi ono tak:
Niech phi będzie dowolnym zdaniem w języku pierwszego rzędu o skończonej sygnaturze relacyjnej (tzn. języku zawierającym jedynie symbole relacyjne i to w skończonej ilości) wtedy, limn->∞ μn(φ) = 0 albo 1, gdzie przez μn(φ) rozumie się ilość nieizomorficznych modeli rozmiaru n zdania φ.
Co mówi prawo zero-jedynkowe w bardziej ludzkim języku? Ano mówi, że względnie proste zdania o prostym, losowym świecie (w odległy sposób przypominającym co do zasady epikurejską rzeczywisość atomów), są albo trywialnie prawdziwe albo trywialnie fałszywe. Tzn, jeżeli dopuścić naprawdę wielki losowy świat, albo lepiej, coraz większe losowe światy, to prawdopodobieństwo prawdziwości bądź fałszywości owych zdań w tych światach staje się coraz większe. Innymi jeszcze słowy, w coraz większym procencie - rosnącym wraz z rozmiarami - owych światów opisywane przez te zdania struktury istnieją, bądź nie istnieją. Pożytecznym zastosowaniem praw zero-jedynkowych jest możliwość dowodzenia twierdzeń o niewyrażalności pewnych własności w językach pierwszego rzędu. Taką własnością - co wynika z zacytowanego prawa prawa zero-jedynkowego niemal natychmiast - jest parzystość liczby elementów w strukturze relacyjnej. Nie jest to intuicyjne - przynajmniej dla mnie. Prawa zero-jedynkowe są więc ciekawe.
Mnie zawsze kusi, choć to oczywiście zabawa i żart i nie należy traktować tego poważnie, żeby ekstrapolować treść praw zero-jedynkowych na tzw. real w następujący sposób: wszystko co powiemy jasnym i prostym językiem jest albo trywialnie prawdziwe albo trywialnie nieprawdziwe. (Dla potrzeb żartu odrzucam tu wszystkie, ale to absolutnie wszystkie możliwe zastrzeżenia i upraszczam sprawę maksymalnie. Zastrzegam się tak, żeby nie gorszyć ew. czytających te słowa - jednych pozostawiając z fałszywymi przekonaniami co do praw zero-jedynkowych, drugich co do mojej osoby). Gdyby zbudować model formalny epikurejskiej fizyki i udowodnić o nim coś na kształt prawa zero jedynkowego, oznaczałoby to, że pewne konfiguracje, czy światy są w nim niemal konieczne, muszą się pojawić i pojawiają się często, inne zaś, mimo że logicznie możliwe pojawiają się rzadko, przygodnie - w praktycznym rozumieniu tego słowa: nigdy.
Prawa zero-jedynkowe funkcjonują w świecie absolutnie sprawiedliwie losowym. Co jednak ze światami które oszukują, w któych istnienie bądź nieistnienie relacji nie zależy od rzutu uczciwą monetą ale oszukaną. Tu ciekawe rzeczy mówi nam np. teoria grafów (i ogólnie hipergrafów) losowych. Tam pojawiają się interesujące zjawiska w postaci wartości krytycznych prawdopodobieństw zachodzenia relacji przy których dane zdanie stanie się niemal pewnym itp. To w ogóle droga do ciekawej i modnej ostatnio dziedziny badań na styku rachunku prawdopodobieństwa, kombinatoryki, teorii liczb. Wiele się tam ekscytujących rzeczy ostatnio dzieje.
Nie wiem czy i do jakiego stopnia Epikura należałoby nazwać filozofem. Stworzył on coś w rodzaju świeckiej religii, której celem było wyzwolenie człowieka od starchu, egzystencjalnego przerażenia. Drogą ku owej wolności , oprócz stosownych reguł życia był - chciałoby się powiedzieć: wyznawany - materializm, który miał usunąć "lęk metafizyczny" i strach przed śmiercią. Jest chyba podobieństwo pomiędzy epikureizmem a psychoterapią (niekoniecznie freudowską, np. jakąś Gestalt czy coś w tym guście - nie znam się zbytnio na psychoterapii), którą w czasach współczesnych ludzie stosują w dokładnie tym samym celu. Ale ja nie o tym właściwie chciałem.
Epikur nie pozostawił pisanej spuścizny opierając się na nauczaniu ustnym i kształceniu uczniów - praktyków jego filozofii i podejścia do życia - krzewiących jego idee dalej. Ten model okazał się zaskakująco skuteczny skoro "wyznanie" epikurejczyków, przetrwało jakieś 500 lat w świecie starożytnym. Elementy filozofii epikurejskiej pokazujące metafizyczne koncepcje stojące za nią dotarły w dużej mierze dzięki twórczości "szeregowych" epikurejczyków utrwalających naukę w swojej twórczości. Najbardziej znany z nich to Lukrecjusz, którego poemat "O naturze wszechrzeczy" to chyba najważniejsze a na pewno najbardziej znane pismo epikurejskie dotrwałe do naszych czasów. Mimo braku programowych ksiąg kodyfikujących doktrynę metafizyczną epikureizmu, trochę o niej wiemy. Przede wszystkim koncepcje bytu i natury świata nie były tu spekulacją prowadzącą do wniosków o charakterze praktycznym, ale wręcz przeciwnie - mądrość życiowa, odrzucenie strachu, droga do szczęścia i wolności człowieka, słowem filozofia życia Epikura wyprzedzał metafizykę, która miała dać dla niej jedynie teoretyczne podstawy, zakorzenić ją w wizji samej natury świata. Jak wspomniałem epikureizm opierał się na materializmie - materia, to co dotykalne, jest jedynym bytem a rządzą materią ustalone racjonalne prawa. Fizyka tego świata to atomizm. Atomy to niepodzielne i podstawowe elementy materii, różnych co prawda ale w ustalonym wyborze rozmiarów i kształtów. Oczywiście epikurejczycy nie mieli pojęcia o grawitacji w rozumieniu dzisiejszym, mieli natomiast naiwne pojęcie o ciążeniu, jako o sile działającej wzdłuż kierunku (a właściwie konstytuującej kierunek) góra-dół. Naturalnym ruchem atomów był więc spadek, poruszanie się w dół. Jednak aby nie stały się jedynie lawiną równolegle spadających cząstek należało wprowadzić coś co tchnie w nią "życie". Zatem do naturalnego ruchu w dół atomom epikurejskim arbitralnie dodano losowy ruch na boki nazwany climena - odchylenie. To remedium na nudny, nieskończenie trywialny determinizm. To climena powoduje, że pojawiają się interakcje atomów, ich zderzenia, łączenie się. Za jego sprawą pojawiają się, jako losowy produkt owych interakcji światy. Dokładnie tak: światy a nie jeden świat. Wśród losowych konfiguracji atomów epikurejczycy za pewne przyjmują pojawienie się kiedyś każdej możliwej ich kombinacji a zatem i każdego możliwego świata. Są to światy chwilowe, nietrwałe, wynikłe z tymczasowej konfiguracji atomów. Ich pojawienie się jest jednak w jakichś sposób konieczne.
Ten aspekt metafizyki, czy też fizyki epikurejskiej jakoś mnie uwiódł. Postaram się wytłumaczyć dlaczego. W oczywisty sposób widzę w nim pewne wczesne ale i daleko idące intuicje probabilistyczne. Np. taką, że nawet niesłychanie mało prawdopodobne zdarzenia w odpowiednio długiej serii losowań (a każda zmiana oparta o climena jest niejako nowym aktem losowania, czy raczej krokiem losowego błądzenia) w końcu z wielką dozą pewności w niej się pojawią.
Ale to pierwsza myśl. Drugie skojarzenie dotyczące intuicji epikurejskich - tym razem na pograniczu probabilistyki i logiki - to teoria tzw. praw zero-jedynkowych. To niesłychanie ciekawe twierdzenia, których protoplastą było prawo zero-jedynkowe udowodnione w latach 60 przez matematyków radzieckich (a przepraszam: sowieckich). Brzmi ono tak:
Niech phi będzie dowolnym zdaniem w języku pierwszego rzędu o skończonej sygnaturze relacyjnej (tzn. języku zawierającym jedynie symbole relacyjne i to w skończonej ilości) wtedy, limn->∞ μn(φ) = 0 albo 1, gdzie przez μn(φ) rozumie się ilość nieizomorficznych modeli rozmiaru n zdania φ.
Co mówi prawo zero-jedynkowe w bardziej ludzkim języku? Ano mówi, że względnie proste zdania o prostym, losowym świecie (w odległy sposób przypominającym co do zasady epikurejską rzeczywisość atomów), są albo trywialnie prawdziwe albo trywialnie fałszywe. Tzn, jeżeli dopuścić naprawdę wielki losowy świat, albo lepiej, coraz większe losowe światy, to prawdopodobieństwo prawdziwości bądź fałszywości owych zdań w tych światach staje się coraz większe. Innymi jeszcze słowy, w coraz większym procencie - rosnącym wraz z rozmiarami - owych światów opisywane przez te zdania struktury istnieją, bądź nie istnieją. Pożytecznym zastosowaniem praw zero-jedynkowych jest możliwość dowodzenia twierdzeń o niewyrażalności pewnych własności w językach pierwszego rzędu. Taką własnością - co wynika z zacytowanego prawa prawa zero-jedynkowego niemal natychmiast - jest parzystość liczby elementów w strukturze relacyjnej. Nie jest to intuicyjne - przynajmniej dla mnie. Prawa zero-jedynkowe są więc ciekawe.
Mnie zawsze kusi, choć to oczywiście zabawa i żart i nie należy traktować tego poważnie, żeby ekstrapolować treść praw zero-jedynkowych na tzw. real w następujący sposób: wszystko co powiemy jasnym i prostym językiem jest albo trywialnie prawdziwe albo trywialnie nieprawdziwe. (Dla potrzeb żartu odrzucam tu wszystkie, ale to absolutnie wszystkie możliwe zastrzeżenia i upraszczam sprawę maksymalnie. Zastrzegam się tak, żeby nie gorszyć ew. czytających te słowa - jednych pozostawiając z fałszywymi przekonaniami co do praw zero-jedynkowych, drugich co do mojej osoby). Gdyby zbudować model formalny epikurejskiej fizyki i udowodnić o nim coś na kształt prawa zero jedynkowego, oznaczałoby to, że pewne konfiguracje, czy światy są w nim niemal konieczne, muszą się pojawić i pojawiają się często, inne zaś, mimo że logicznie możliwe pojawiają się rzadko, przygodnie - w praktycznym rozumieniu tego słowa: nigdy.
Prawa zero-jedynkowe funkcjonują w świecie absolutnie sprawiedliwie losowym. Co jednak ze światami które oszukują, w któych istnienie bądź nieistnienie relacji nie zależy od rzutu uczciwą monetą ale oszukaną. Tu ciekawe rzeczy mówi nam np. teoria grafów (i ogólnie hipergrafów) losowych. Tam pojawiają się interesujące zjawiska w postaci wartości krytycznych prawdopodobieństw zachodzenia relacji przy których dane zdanie stanie się niemal pewnym itp. To w ogóle droga do ciekawej i modnej ostatnio dziedziny badań na styku rachunku prawdopodobieństwa, kombinatoryki, teorii liczb. Wiele się tam ekscytujących rzeczy ostatnio dzieje.
Tagi:
filozofia,
Matematyka
2009-11-26
100
Tak wygląda setny wpis. Okrągła liczba więc powinienem coś podsumować. Szybko i bez nadmiernego zadęcia.
Nie mam zbyt wielu czytelników. Ogromna większość zagląda tu z powodu tytułu jednego z postów by znaleźć ściągę do wypracowania z polskiego. Staram się, żeby każdy post, jeśli już znajdę siłę by go pisać (coraz trudniej mi to robić) był jakimś oryginalnym wkładem w to co można znaleźć w Internecie. Czasem podsyłam rzeczy, które znalazłem gdzie indziej a które uważam za warte zerknięcia - uważam, że rekomendowanie rzeczy niezbyt popularnych a ciekawych jest w jakimś sensie również twórcze.
Będę pisał dalej, choć kiedy zakładałem tego bloga w nieco inny sposób wyobrażałem sobie jego przyszłość.
Największym zawodem jestem zdecydowanie ja sam. Chciałem przede wszystkim notować myśli, które uważam za oryginalne. Niestety, o ile wciąż wiele myśli, które (na własne ryzyko) uważam za warte zanotowania kłębi mi się w głowie, to wysiłek opisania ich wystarczająco precyzyjnie to zawsze jest męka na którą z rzadka się decyduję. Jestem po prostu leniuchem. Szczególnie, że od kiedy w pracy rozpocząłem zabawę z nowym projektem (co stało się niemal rok temu) czuję jak wyciąga ze mnie istotną część soków życiowych.
Nowości: Czasem - bo to znacznie mniej absorbujące i dające się robić przy okazji innych zajęć, trochę nieuczesanych myśli wrzucam na serwis mikroblogowy "Twitter" (hit ostatnich miesięcy). W dolnej części prawego marginesu jest gadżet wyświetlający ostatnich kilka tych wpisów.
Błędy: Czytając niektóre z moich wpisów, głównie matematyczne, widzę błędy i rzeczy do poprawy, ale uczciwie przyznam, że nie mam wielkiej motywacji by czyścić to teraz.
Przyszłość: Chciałbym pociągnąć kilka zaczętych już tematów - bo sam się pisząc o nich uczę się, albo jakoś krystalizuję swoje własne pojęcie o nich.
Zatem - jedyne co mogę obiecać, że mimo znacznego spadku gęstości, następne wpisy będą.
Nie mam zbyt wielu czytelników. Ogromna większość zagląda tu z powodu tytułu jednego z postów by znaleźć ściągę do wypracowania z polskiego. Staram się, żeby każdy post, jeśli już znajdę siłę by go pisać (coraz trudniej mi to robić) był jakimś oryginalnym wkładem w to co można znaleźć w Internecie. Czasem podsyłam rzeczy, które znalazłem gdzie indziej a które uważam za warte zerknięcia - uważam, że rekomendowanie rzeczy niezbyt popularnych a ciekawych jest w jakimś sensie również twórcze.
Będę pisał dalej, choć kiedy zakładałem tego bloga w nieco inny sposób wyobrażałem sobie jego przyszłość.
Największym zawodem jestem zdecydowanie ja sam. Chciałem przede wszystkim notować myśli, które uważam za oryginalne. Niestety, o ile wciąż wiele myśli, które (na własne ryzyko) uważam za warte zanotowania kłębi mi się w głowie, to wysiłek opisania ich wystarczająco precyzyjnie to zawsze jest męka na którą z rzadka się decyduję. Jestem po prostu leniuchem. Szczególnie, że od kiedy w pracy rozpocząłem zabawę z nowym projektem (co stało się niemal rok temu) czuję jak wyciąga ze mnie istotną część soków życiowych.
Nowości: Czasem - bo to znacznie mniej absorbujące i dające się robić przy okazji innych zajęć, trochę nieuczesanych myśli wrzucam na serwis mikroblogowy "Twitter" (hit ostatnich miesięcy). W dolnej części prawego marginesu jest gadżet wyświetlający ostatnich kilka tych wpisów.
Błędy: Czytając niektóre z moich wpisów, głównie matematyczne, widzę błędy i rzeczy do poprawy, ale uczciwie przyznam, że nie mam wielkiej motywacji by czyścić to teraz.
Przyszłość: Chciałbym pociągnąć kilka zaczętych już tematów - bo sam się pisząc o nich uczę się, albo jakoś krystalizuję swoje własne pojęcie o nich.
Zatem - jedyne co mogę obiecać, że mimo znacznego spadku gęstości, następne wpisy będą.
Tagi:
blog,
marudzenie,
remanent
2009-10-29
Z życia Majów
Słońce stanęło w zenicie wpadając niemal pionowym promieniem przez otwór w suficie do wypełnionego dymem odurzających ziół pomieszczenia i oświetlając ołtarz na którym złożono tak wiele ofiar. Słychać było rytmiczny głos klaskania i przeciągłe mruczenie kapłanów. Quiptzlaxa słaniał się na nogach: trans trwał od samego poranka. Wizje przychodziły i odchodziły a każda kolejna ich fala oznaczała kolejną coraz silniejszą konwulsję.Czyżby bogowie chcieli aby przerwał już dzieło któremu za ich sprawą poświęcił całe życie? Czy któraś z mruczących, umazanych na twarzy niebieską farbą postaci otaczających go kołem poniesie ciężar kiedy on umrze przyjmując na siebie kolejne widzenie?
Była to krótka myśl, bowiem zmęczony umysł kapłana znowu wyczuł zbliżanie się obrazów. Opar otaczający go w pomieszczeniu na szczycie Najświętszej Piramidy wydał mu się najpierw gęstszy, wszystkich i wszystko co go otaczało okryła mgła, potem zniknęły dźwięki i zapachy. Dopiero po chwili z mlecznej otoczki zaczęła wyłaniać się wizja.
Dostrzegł, najpierw słabo, potem coraz wyraźniej jeden ze znanych mu już krajobrazów. Quiptzlax słuchał głosu bogów i oglądał to co chcieli przekazać jego ludowi od bardzo wielu faz świętej planety. Obrazy przyszłości rzadko już teraz zaskakiwały go czymś nowym. Nie musiał ich rozumieć, bogowie oczekiwali od niego jedynie wiernej relacji, opowieści która zostanie zapisana w kodeksach i wykuta w kamieniach stanowiąc Wielki Kalendarz - dzieło dla którego przyszedł na świat. Ten obraz jednak był dla niego zrozumiały. Widział wielki plac, kapłanów i uniesionych religijnym szałem uczestników. Odbywała się święta gra. Obrzęd w przyszłości był inny, piłki dotykano nogą a nie ręką i nie kończył się ofiarą dla Xolotlu, ale był zarazem podobny do tego jaki odprawiał i jego lud. Zdziwiony spostrzegł, że nie pierwszy już raz objawiają mu się ci sami wojownicy z emblematem przypominającym świętego jaguara lub raczej pumę i białym ptakiem na czerwonym polu, w strojach o kolorze mleka i krwi.
Mimo stanu w jakim się znajdował na twarz Quiptzlaxa wypełzł uśmiech na wspomnienie poprzednich wizji gry wojowników białego ptaka i pumy. Z trudem powstrzymał umysł przed napływem wesołości, która mogłaby zakłócić trans. Gdy powróciła ostrość widzenia przed oczyma kapłana zaczęło dziać się coś dziwnego i sercem Quiptzlaxa wstrząsnęła trwoga. Jeden z owych biało-czerwonych uczestników gry popchnął nogą piłkę która niczym wypuszczona strzała wpadła w siatkę okalającą brzeg placu którego bronili wojownicy przeciwnej drużyny. W tym momencie czarno odziany arcykapłan wydał z siebie przeciągły gwizd i wielki tłum wpadł w ekstazę.
Quiptzlax osłupiał z niedowierzaniem. Czuł, że wie dlaczego bogowie zsyłają na niego tą scenę: to kres jego pracy. To kres kalendarza. Więcej nie będzie już nic: żadnej następnej fazy księżyca, kolejnego wschodu ani zachodu słońca ani następnej fazy świętej planety, którą potomność nazywać będzie aż do tej objawionej mu chwili "Wenus".
Przerażenie zaczęło ustępować zmęczeniu, ponownie pojawiła się mgła ustępując powoli miejsca dymom kadzideł, wróciło mruczenie i zapach ziół. Stary kapłan stał skamieniały, ostatnie wspomnienie wizji końca świata to dziwne znaki niby ogniem rozjarzające się nad placem świętej gry:
"POLSKA MISTRZEM EUROPY W PIŁCE NOŻNEJ 2012".
Była to krótka myśl, bowiem zmęczony umysł kapłana znowu wyczuł zbliżanie się obrazów. Opar otaczający go w pomieszczeniu na szczycie Najświętszej Piramidy wydał mu się najpierw gęstszy, wszystkich i wszystko co go otaczało okryła mgła, potem zniknęły dźwięki i zapachy. Dopiero po chwili z mlecznej otoczki zaczęła wyłaniać się wizja.
Dostrzegł, najpierw słabo, potem coraz wyraźniej jeden ze znanych mu już krajobrazów. Quiptzlax słuchał głosu bogów i oglądał to co chcieli przekazać jego ludowi od bardzo wielu faz świętej planety. Obrazy przyszłości rzadko już teraz zaskakiwały go czymś nowym. Nie musiał ich rozumieć, bogowie oczekiwali od niego jedynie wiernej relacji, opowieści która zostanie zapisana w kodeksach i wykuta w kamieniach stanowiąc Wielki Kalendarz - dzieło dla którego przyszedł na świat. Ten obraz jednak był dla niego zrozumiały. Widział wielki plac, kapłanów i uniesionych religijnym szałem uczestników. Odbywała się święta gra. Obrzęd w przyszłości był inny, piłki dotykano nogą a nie ręką i nie kończył się ofiarą dla Xolotlu, ale był zarazem podobny do tego jaki odprawiał i jego lud. Zdziwiony spostrzegł, że nie pierwszy już raz objawiają mu się ci sami wojownicy z emblematem przypominającym świętego jaguara lub raczej pumę i białym ptakiem na czerwonym polu, w strojach o kolorze mleka i krwi.
Mimo stanu w jakim się znajdował na twarz Quiptzlaxa wypełzł uśmiech na wspomnienie poprzednich wizji gry wojowników białego ptaka i pumy. Z trudem powstrzymał umysł przed napływem wesołości, która mogłaby zakłócić trans. Gdy powróciła ostrość widzenia przed oczyma kapłana zaczęło dziać się coś dziwnego i sercem Quiptzlaxa wstrząsnęła trwoga. Jeden z owych biało-czerwonych uczestników gry popchnął nogą piłkę która niczym wypuszczona strzała wpadła w siatkę okalającą brzeg placu którego bronili wojownicy przeciwnej drużyny. W tym momencie czarno odziany arcykapłan wydał z siebie przeciągły gwizd i wielki tłum wpadł w ekstazę.
Quiptzlax osłupiał z niedowierzaniem. Czuł, że wie dlaczego bogowie zsyłają na niego tą scenę: to kres jego pracy. To kres kalendarza. Więcej nie będzie już nic: żadnej następnej fazy księżyca, kolejnego wschodu ani zachodu słońca ani następnej fazy świętej planety, którą potomność nazywać będzie aż do tej objawionej mu chwili "Wenus".
Przerażenie zaczęło ustępować zmęczeniu, ponownie pojawiła się mgła ustępując powoli miejsca dymom kadzideł, wróciło mruczenie i zapach ziół. Stary kapłan stał skamieniały, ostatnie wspomnienie wizji końca świata to dziwne znaki niby ogniem rozjarzające się nad placem świętej gry:
"POLSKA MISTRZEM EUROPY W PIŁCE NOŻNEJ 2012".
Tagi:
humor
Subskrybuj:
Posty (Atom)